poniedziałek, 31 grudnia 2018

Najlepsza siódemka 2018 roku - książkowo i prywatnie

Uwielbiam to podsumowanie, bo mam wtedy chwilkę na przejrzenie tego, co czytałam w mijającym roku, przypomnienie sobie tych książek i stwierdzenie, które zapadły mi w pamięć i zasługują na miano najlepszych przeczytanych w danym roku. 


Książkowo

W 2018 roku przeczytałam 40 książek,  z czego 30 to książki polskich autorów, a 10 to książki zagranicznych pisarzy. 

Spośród tych pozycji wybrałam siedem, które moim zdaniem są najlepsze - z różnych względów. To, że jakaś pozycja tutaj się nie pojawiła nie znaczy, że książki były złe - po prostu te zwróciły moją uwagę czymś, jakimś szczegółem. 

7. Na krawędzi wszystkiego

To książka młodzieżowa, która wzbudziła we mnie emocje podobne do tych, kiedy lata temu zaczytywałam się w Zmierzchu, Szeptem czy Trylogii Czasu. Jest urocza, troszkę naiwna, ale cholernie emocjonująca i przede wszystkim dosyć oryginalna, bo choć schemat jest podobny, to temat bardzo nieoklepany. 


6. Bądź przy mnie zawsze

To pierwsza książka Agaty Przybyłek, którą przeczytałam. Bardzo mi się podobała, autorka pisze pięknie, lekko i zabawnie. Historię się pożera, ma to co w książkach kocham najbardziej: piękną historię miłosną z czasów wojny, starszą mądrą osobę z bagażem doświadczeń, młodych stojących u progu dorosłego życia. Piękna! 


5. November 9 

Książka uwielbiane Colleen Hoover. Przyznam, że ja do autorki nie pałam ogromną miłością, ale wiem, że ma rzesze fanek i w sumie - wcale się nie dziwię. Kilka lat temu pewnie sama szalałabym za autorką. November 9 to ogrom uczuć i emocji, cudowna, nietuzinkowa historia pokazująca siłę miłości, ogrom wyrzeczeń i istotę bycia z kimś. Piękna, cudowna. Jedna z najlepszych autorki. 



4. Muszę to wiedzieć

Porywający thriller z domieszką powieści obyczajowej. Ostatnio, poza Mrozem rzadko sięgam po dreszczowce, a to takie cudowne uczucie czytać coś co wywołuje gęsią skórkę! Muszę to wiedzieć właśnie tak zadziałała. Trzyma w niepewności i napięciu, sprawia że chcemy jak najszybciej dowiedzieć się co będzie dalej. 



3. Szczęście za horyzontem 

Zakochałam się w tej książce. Powieść obyczajowa w najlepszym wydaniu. Autorka pisze niesamowicie, wspaniale operuje emocjami. Opisuje ludzkie życie, słabości, potrzeby, ale też dobro, uczucia i walkę o lepsze jutro. To moje pierwsze spotkanie z pisarką, bardzo udane!




2. Wyśnione życie

To powieść obyczajowa, w której rzeczywistość miesza się z sennymi marzeniami. Znakomicie skonstruowana, z klimatem lat 80 ubiegłego wieku. Przepięknie napisana. 





1. Okruchy dobra

Historie siódemki bohaterów zamieszkujących krakowską kamienicę to zdecydowanie numer jeden tego roku. Niesie mądre przesłanie, pachnie świętami i dobrem. Ciepła, mądra, wzruszająca, przywracająca wiarę w ludzi. 






Prywatnie 

Być może nie powinnam tu o tym pisać, bo to blog o książkach, ale mamy to do siebie, że lubimy pisać o sobie i czytać o innych. 2018 rok przyniósł wiele zmian w moim życiu. 
Przede wszystkim - zaręczyłam się. To chyba najcudowniejsze wspomnienie lata :) Wróciłam do Polski, rozpoczęłam nową pracę. Kilkakrotnie odwiedziłam góry po dłuuugiej przerwie. Byłam na Targach Książki, spędziłam Święta z rodziną. spotykałam się ze znajomymi, byłam na ślubie przyjaciółki, jeździłam na spontaniczne wycieczki - niekoniecznie daleko :) Podjęłam kilka znaczących decyzji, których owoce mam nadzieję zobaczyć w przyszłym roku. 

Kochani, życzę Wam, aby 2019 rok przyniósł Wam siły do realizacji noworocznych postanowień, marzeń i planów. Aby dobro zawsze wygrywało ze złem. Szczęśliwego Nowego Roku!

sobota, 29 grudnia 2018

Randka pod jemiołą - Agnieszka Olejnik

Joanna jest szczęśliwą mężatką. Wykonuje swoje obowiązki wzorowo, jest przykładną żoną. Tym większy przeżywa szok, gdy nakrywa swojego męża z młodszą, szczuplejszą, i ogólnie atrakcyjniejszą kobietą. Jeszcze większym wstrząsem są dla niej słowa Kamila: to dopiero Marta, jego kochanka, pokazała mu czym jest miłość. W gruncie rzeczy to Aśki, swojej żony, nigdy nie kochał. Joanna jest zrozpaczona: wali jej się życie prywatne, z dnia na dzień nie ma gdzie mieszkać i na dodatek zawodowo też nie radzi sobie najlepiej. Z biegiem czasu i litrami wylanych łez, z pomocą rodziny i przyjaciół powoli zaczyna stawać na nogi i zmieniać się, a co za tym idzie – poznawać siebie na nowo.

Ubrana w świąteczną okładkę książka Pani Agnieszki może nieco zmylić. Tych, którzy oczekują świątecznej powieści muszę od razu uprzedzić: to raczej powieść obyczajowa, ze świątecznym akcentem, gdzie punkt kulminacyjny powieści przypada na okres Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to mimo zimowej pory, śniegu i mrozu jest cieplej i milej niż w inne dni.

W książce spotykamy bohaterów poprzednich powieści z tej serii – Igę ze swoją zdolnością do przekręcania nazw oraz Agatę, która zresztą jest żoną brata Joanny – Grześka, a także tych pojawiających się niejako w tle powieści- Rafała i Basię, Zoję i braci Korneckich. Poznajemy też nową bohaterkę – starszą Panią Rozalię, mieszkającą w drewnianym domu nad rzeką w skromnych warunkach. Pani Rózia jest stateczną starszą Panią, elegancką i szykowną. Za towarzyszkę ma swoją kozę Nostrę. Wyczekuje powrotu syna z Ameryki, który od lat tam przybywa pod pretekstem zrobienia kariery muzycznej.

Od samego początku polubiłam Panią Rózię. To kobieta dumna, towarzyska i wciąż pełna życiowej energii. To właśnie u niej, dzięki pomocy Igi i Agaty Aśka znajduje tymczasowe lokum. Chociaż taka sytuacja dla obydwu Pań początkowo była niezręczna, z czasem świetnie się ze sobą dogadały, chętnie spędzały czas w swoim towarzystwie i stały się przyjaciółkami. Pani Rozalia swoją życiową mądrością niejednokrotnie służyła Joannie dobrą radą. Mówiła wprost jak widzi sprawy i co o nich myśli, bez owijania w bawełnę. Dzięki niej Joanna odżyła, zaczęła odważniej patrzeć w przyszłość i robić więcej dla siebie, a mniej dla opinii innych. Znalazła swoją pasję, zaczęła siebie akceptować, bo wcześniej miała kompleksy na tle swojej figury. Oczywiście nie obyło by się bez wsparcia najbliższych, choćby wtedy gdy niefortunnie tuż przed Świętami wylądowała ze stopą gipsie, a także Maćka Korneckiego (który- swoją drogą przyczynił się do ubezwładnienia stopy Joanny). To właśnie on będzie przyprawiał Joannę o szybsze bicie serca, młodzieńcze porywy serca, ukłucia zazdrości.. i wszystko to, co towarzyszy człowiekowi przy zakochaniu. Bo mimo tego, że Joanna zarzeka się, że nie potrzebuje mężczyzny a wręcz nie chce teraz mężczyzny, to Kornecki zawróci jej w głowie.

Randka pod jemiołą, choć moim zdaniem nieco słabsza niż poprzednie części serii jest równie zabawna co Ławeczka pod bzem i Cała w fiołkach. Duża dawka humoru to zasługa przede wszystkim Igi, która choć występuje epizodycznie niezmiennie bawi czytelników przekręcaniem nazw i związków wyrazowych. Ale i główna bohaterka potrafi ubawić czytelnika swoimi perypetiami. To bardzo lekka i przyjemna powieść dająca wiele powodów do śmiechu. Pani Agnieszka bardzo sprytnie przemyca w kolejnych wersach powieści życiowe mądrości i wskazówki jak żyć, by żyło nam się lepiej. Robi to absolutnie nienachalnie, w żadnym wypadku nie narzuca swojego światopoglądu, ale pokazuje, że można żyć łatwiej, przyjemniej i zdrowiej. Powieść przepełniona jest rodzinnym ciepłem, serdecznością i wzajemną pomocą. Pokazuje, jak ważna jest rodzina i jej więzi. Pokazuje, że każdy człowiek może znaleźć się na życiowym zakręcie i wcale nie musi to wyjść na złe.

Oczywiście głównym tematem poruszanym przez autorkę jest zdrada małżeńska. Niestety, coraz częściej dotyka naszych bliskich i znajomych, jest coraz śmielej akceptowana przez społeczeństwo i w obecnych czasach nie szokuje już tak bardzo jak kiedyś. Powoli opada do rangi normalności, co jest bardzo przykre, bo – przynajmniej dla mnie- małżeństwo to coś więcej niż tylko papierek, wspólny majątek i wspólne życie. Autorka pokazała co doprowadza do zdrady, jak wygląda życie małżonków gdy wszystko wyjdzie na jaw i to, że zawsze jedna ze stron cierpi bardziej, choć wina zazwyczaj jest po obu stornach, nawet jeśli to ta jedna osoba zdradziła. Zawsze są znaki, sygnały i błędy które popełniamy – może zbytnia uległość albo apodyktyczność? Może zaniedbanie męża czy żony, wykręcanie się pracą, zamiast poszukiwania okazji ku temu by spędzać razem czas – choćby poprzez wspólne śniadanie, spacer czy wykonywanie domowych obowiązków. Myślę, że warto się nad tym zastanowić – nie wtedy kiedy będzie się już świeciła pomarańczowa lampka na alarm, ale właśnie wtedy gdy wszystko jest dobrze – tak, aby to pielęgnować i nie dopuścić do włączenia alarmu.

Powieść Agnieszki Olejnik otula ciepłem i rodzinną atmosferą. Uświadamia, że w życiu ważne jest by żyć w zgodzie ze samym sobą, by nie odmawiać sobie małych przyjemności i nie tkwić w czymś, co nie przynosi nam satysfakcji – szczególnie na polu zawodowym. To również książka, która pokazuje jak ważna jest przyjaźń, wsparcie przyjaciół i bezinteresowna pomoc. Dodatkowo nutka świątecznej atmosfery powoduje, że książka jest.. przytulna. W tle czuć zapach pierniczków, słychać rodzinny gwar, nad głowami wisi jemioła skłaniająca do czułości. I co najważniejsze - przecież w Wigilijny wieczór mogą zdarzyć się cuda! Być może i Joanna jakiegoś doświadczy?

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Wesołych Świąt!


Kochani, 

życzę Wam aby Dzieciątko zamieszkało w Waszych Sercach i Wam błogosławiło. 

Życzę Wam, by w te Święta najważniejsza była rodzina. Byście spędzili ten czas z najbliższymi, w ciepłej, domowej atmosferze, wśród śmiechów ukochanych.  Aby każdy dzień przynosił dobro i oby każde dobro przez Was czynione - do Was wracało. 
Życzę Wam miłości prawdziwej, zdrowia i tylko takich chwil w życiu, które wspomina się z uśmiechem. 
Życzę Wam, byście potrafili docenić to, czego na co dzień nie doceniamy i nie dostrzegamy. 
Życzę Wam, by spełniły się Wasze marzenia. 

Pamiętajcie, że to, co najważniejsze, nie jest zapakowane w ozdobny papier i położone pod choinką. 

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! 

czwartek, 20 grudnia 2018

Pokój kołysanek - Natasza Socha

Kolejna świąteczna książka, jaką przeczytałam tej zimy jest zupełnie różna od poprzednich. Po pierwsze, inspiracja do jej napisania była prawdziwa historia. Po drugie, jest o wiele poważniejsza, wcale nie taka radosna i porusza naprawdę delikatny temat.

Osiemdziesięciopięcioletni Joachim jest wyjątkowym wolontariuszem. W poznańskim szpitalu przytula noworodki - wcześniaki. Podparta badaniami teoria mówiąca, że przytulanie, głaskanie i dotyk mają pozytywny wypływ na rozwój niemowlęcia i usprawniają procesy zachodzące w organizmie maleństwa są wystarczającą motywacją dla starszego pana. Joachim co dzień spędza z wcześniakami kilka godzin. Opowiada im historie ze swoich licznych podróży po świecie. I tylko jednej historii nie może z siebie wydusić, historii, do której co jakiś czas odpływa myślami. A zaczyna się zawsze od pewnego imienia: Helena...

Natasza Socha podzieliła Pokój kołysanek na dwie części. Jedna to to, co dzieje się obecnie, a druga to retrospekcja w formie wspomnień Joachima z lat 50-70 ubiegłego wieku. Akcja rozgrywa się w ciągu 24 dni grudnia - zarówno obecnie, jak i w przeszłości. Stąd też podział na 24 rozdziały - każdy z nich to nowy dzień. Dlatego też powieść przypomina trochę formą kalendarz adwentowy.

Pokój kołysanek jest powieścią bardzo refleksyjną i na swój sposób smutną. Mimo, że mamy do czynienia z narodzinami nowego życia, któremu na ogół towarzyszy radość, tutaj jest inaczej. Narodzinom wcześniaków towarzyszy przede wszystkim strach o maleństwo, bo każda minuta jest walka o kolejny oddech, każdy dzień jest bojem i kilka gram wagi, o przeżycie.

Chociaż Joachim  wszystkie dzieci otacza jednakową troską i czułością, to szczególnie ważny jest dla niego jeden chłopiec - chłopiec bez imienia, którego matka boi się do niego przywiązać w obawie, że go straci, a ojciec wymeldował się z ojcostwa po przedwczesnych narodzinach syna. Chłopiec waży osiemset gram - jak jego matka porównała - tyle co kiść winogron. Ta historia jest bardzo wzruszająca i pokazuje, jak bardzo kruchej jest życie, tym bardziej takie zamknięte w kilkuset gramowym, maleńkim ciałku dziecka, którego nie można nawet wziąć na ręce, bo jest zbyt delikatne. Pokazuje, co muszą przeżyć rodzice dziecka narodzonego przedwcześnie, ile łez, strachu, cierpienia, miłości i przeróżnych emocji im towarzyszy. 

Bohaterowie powieści są oryginalni, ale wykreowani z pewną surowością, bez ubarwień. Jest siostra Maria, kobieta o wielkim sercu, ale nie pokazująca tego na zewnątrz. Marta, matka chłopca bez imienia, która jest kłębkiem bólu i cierpienia. Adam - Mada,barista, z którego wyparowało życie. Wszystkie te postaci są przepełnione melancholią, jest w nich coś, co nie pozwala im być w pełni szczęśliwymi.

Joachim jest postacią zdecydowanie najbarwniejszą. Wiele już w życiu doświadczył i u jego schyłku chce przysłużyć się innym - tym, którzy dopiero zaczynają swój bieg. Swoją postawą daruje noworodkom coś bezcennego, coś czego nie można zapakować w ładny papier i położyć pod choinką. To bliskość i czułość, iskierka życia.

Z teraźniejszością przeplata się przeszłość. Opowieści o podróżach po całym świecie, wspomnienie młodości, kiedy to Joachim trafił do Koralików, a tam spotkał najpiękniejsze oczy świata.

***

Helena była młoda, energiczna i w pełni poświęcała się dzieciom z Koralików  - domu dziecka, który założyła wraz z Rozalią. Dwudziestokilkuletni Joachim trafił tam gdy poszukiwał pracy albo swojego miejsca na ziemi. Było to tuż po wojnie, dlatego nie było łatwo. Helena go zauroczyła od pierwszej chwili. To ona nauczyła go, że czułość, bliskość i dotyk są cenniejsze niż wszelkie bogactwa świata. Jednak los bywa przewrotny i nie zawsze wszystko układa się tak, jak człowiek to sobie wyobraża.

***

Dla mnie to właśnie ta część historii jest najpiękniejsza. Bo pokazuje, że nawet w najcięższym czasie można znaleźć odrobinę radości, ciepła i ludzkiej dobroci. Jest najradośniejsza, mimo, że jej zakończenie nadchodzi wiele lat później i okupione jest wieloma latami wyrzutów sumienia, wewnętrznego bólu i dziesiątkami "gdyby".

Powieść Nataszy Sochy nastraja melancholijnie, wzrusza tak, że nie sposób powstrzymać łzy. Pod koniec wszystko jednak się prostuje, bo każda sytuacja w życiu ma swoje zakończenie.

Samo zakończenie książki jest smutne, ale mimo to nastraja optymistycznie. A epilog otwiera furtkę nowej historii, którą ja już sobie kształtuję w głowie. Lubię takie zakończenia, bo mam świadomość, że historia nie zakończyła się wraz z ostatnią stroną, ale jest coś więcej, historia dalej się toczy.

Pokój kołysanek to książka która zabiera w refleksyjną podróż. Skłania do przemyśleń na temat kruchości życia, zwłaszcza takiego tchniętego w bezradne małe ciałko. Pokazuje, że życie jest delikatne i łatwo gaśnie, jak tlący się płomień świeczki. Uświadamia też, jak bardzo ważna jest wola walki i wsparcie najbliższych. Postać Joachima reprezentuje w moim mniemaniu starszych ludzi, którzy u kresu swojej ziemskiej wędrówki chcą być komuś potrzebni, o czym my, młodzi, tak często zapominamy. Warto jest pokazywać starszym - naszym dziadkom czy innym bliskim, że mimo podeszłego wieku i obniżonej sprawności fizycznej są nam potrzebni, choćby w udzieleniu dobrej rady czy pobawieniu się z naszymi pociechami. Przede wszystkim jednak autorka uświadamia, że bliskość, czułość, dotyk, przytulenie - to rzeczy bezcenne, bez których człowiek nie może normalnie funkcjonować. Pokój kołysanek zasługuje na miano najbardziej wzruszającej książki roku i chyba zawierającej największe, najmądrzejsze przesłanie. Kochajmy, okazujmy czułość, bądźmy dla innych. 


Ten i inne bestsellery możecie kupić w atrakcyjnych cenach w księgarni internetowej Tania Książka. 





czwartek, 13 grudnia 2018

Okruchy dobra - Justyna Bednarek & Jagna Kaczanowska

Boże Narodzenie to czas wyjątkowy, jedyny taki w roku. Czas,który każdy z nas chciałby przeżyć dobrze, w gronie ludzi, których kochamy. To taki czas, który chciałoby się, żeby trwał cały rok. I nie chodzi tu o prezenty, choinkę czy góry jedzenia. Chodzi o dobro które emanuje z ludzi, wspólnie spędzony czas, spotkania, powroty i te wszystkie małe chwile, które tworzą tę wyjątkową atmosferę i miłe wspomnienia. 

Znane z Ogrodu Zuzanny autorki znów stworzyły coś pięknego. Świąteczna opowieść Okruchy dobra to historie siódemki bohaterów, których losy splatają się w Wigilię, 24 grudnia, w jednej z krakowskich kamienic.

Chciałabym napisać wszystko, oddać w kilkudziesięciu słowach to, co w tej książce jest tak wspaniałe, ale się nie da. Dlatego ta recenzja może będzie trochę chaotyczna, ale to wszystko przez to, że tyle chciałabym Wam opowiedzieć..

Jowita straciła już nadzieję na powrót męża z Holandii. Pogodziła się z brakiem kontaktu i tym, że prawdopodobnie ma tam nową "rodzinę". Tylko jak ma to wytłumaczyć córeczce, Zosi, która czeka na tatę z nosem przylepionym do szyby, bo wierzy, że przecież tata musi być z nimi w Święta? Na dodatek Jowita nie ma pieniędzy by wyprawić Wigilię, a co dopiero na prezent dla Zosi..

Małgorzata, zgorzkniała staruszka wierzy, że w jej mieszkaniu zadomowiły się duchy. I już nawet nauczyła się z nimi żyć. Jest przekonana, że straszy ją zmarły mąż, z którym nigdy nie była szczęśliwa. Do Świąt jest pesymistycznie nastawiona, bo po kłótni ze swoją córką będzie spędzać je sama, nie licząc towarzystwa duchów. Niespodziewania jednak, zjawia się gość..

Szymon przyjeżdża do Krakowa w przeddzień Wigilii. Od jednej rozmowy ma zależeć jego dalsza kariera. Przez całe życie żyjąc w cieniu kuzyna jako ten gorszy w końcu chce się wykazać. Niestety po drodze popełnił błędy, które nie tak łatwo będzie naprawić. Nieoczekiwanie z dobrą radą przychodzi na pozór oschła ciotka Małgorzata.

Anna Wigilię spędza sama, z własnego wyboru. Świeżo po rozwodzie nie ma ochoty na gwarne Święta w domu rodzinnym. Dzień przed Wigilią przygarnia małego, zziębniętego kotka.

Roman nie dogaduje się z nastoletnim synem. Kacper obarcza ojca odpowiedzialnością za to, co spotkało jego matkę. Mężczyzna nie pragnie niczego bardziej od tego, by syn był szczęśliwy i by znów było jak dawniej.

Na krakowskim rynku dorożkarz Ignacy ze swoim koniem Adagio czekają na pasażerów. Zarówno Ignacy jak i Adagio mają już swoje lata, a piękne, okazała dorożki są chętniej wybierane przez turystów i krakowian. Dorożka Ignacego jest jednak zaczarowana, potrafi odmienić człowieka. 

Karolina straciła chęć do życia. Nieudane związki, a teraz choroba, która zdaje się być wyrokiem. Mieszkanie po babci w krakowskiej kamienicy jest puste, bez życia, tak jak właścicielka. Ogromny stół nie zaznał gwaru, radości, śmiechów dzieci.. Los jednak sprawia, że w Wigilię spotykają się przy nim niby obce sobie osoby i wreszcie zaczyna przybierać wszystko jasne barwy. 

Każdy z bohaterów zmaga się ze swoimi problemami, słabościami i bólem. W ten wyjątkowy czas każdy z nich chciałby aby było jak najlepiej. Ale nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli. Najpiękniejsze jest to, że ci bohaterowie, w tych wszystkich swoich cierpieniach potrafią okazać serce innym. Bezinteresowną pomoc, okruch dobra, gest, który nie wymaga wiele wysiłku ani poświęceń, a dla kogoś znaczy tak wiele. Każdy z nas co dzień mija ludzi na ulicy, w pracy, szkole, spotyka w sklepie, przychodni czy banku. Nieraz odwracamy wzrok na widok żebraka, udajemy że śpimy żeby nie ustąpić miejsca staruszce w autobusie. Nie mamy czasu by odwiedzić babcię, nie widzimy, że mama potrzebuje pomocy. A wystarczy tak niewiele, by sprawić komuś radość,wywołać uśmiech na czyjejś twarzy. 

Cała siódemka bohaterów, i nie tylko oni, spotykają się w Wigilię u Karoliny. Obcy sobie ludzie zaczynają ze sobą rozmawiać i aż dziw, jak wiele mogą zdziałać, pod warunkiem, że będą działać razem. Jak wiele sytuacji pozornie bez wyjścia można rozwiązać z czyjąś pomocą. 

Autorki stworzyły pełnokrwistych bohaterów. Skupiły się głównie na ich charakterach i  uczuciach towarzyszących im w tym wyjątkowym czasie. Każdego z nich poznajemy bardzo dobrze, bo pisarki pokazały nie tylko to co tu i teraz, ale ukazały ich historię, drogę do miejsca, czasu i sytuacji w jakiej obecnie się znajdują. Początkowo pomyślałam: dlaczego każdy z nich ma pod górkę, czy chociaż jeden nie może być szczęśliwy? Ale potem uświadomiłam sobie, że to właśnie jest samo życie. 

Zawsze zastanawiam się, jak działają duety pisarskie. Z pewnością niełatwo jest pisać z kimś książkę, bo można mieć zupełnie różne wizje. Panie Justyna i Jagna piszą niesamowicie. Ich historie są barwne, zabawne, wzruszające, a przede wszystkim prawdziwe. Pisza plastycznym językiem, prostymi słowami. Czytanie Okruchów dobra to przyjemność na najwyższym poziomie. Tej książki się nie czyta - ją się połyka. 

Uroku książce dodaje świąteczny, magiczny Kraków. To miasto samo w sobie ma coś wyjątkowego, a w zimowej szacie jest jeszcze piękniejsze. Miło jest czytać książkę, której akcja rozgrywa się w mieście, które znam. Autorki poprowadziły czytelnika klimatycznymi uliczkami, zaprosiły do przytulnych kamienic i zabrały na wycieczkę po bajkowo-świątecznym krakowskim rynku. Dzięki tak wspaniałej kreacji miejsca akcji czułam się tak, jakbym tam była i aż nabrałam ochoty na małą wycieczkę do Krakowa. 

Okruchy dobra to powieść o wybaczaniu, akceptacji swoich niedoskonałości i czyichś wad. To książka o tym, że człowiek jest słaby i często się potyka, a sztuką jest się podnieść i naprawić błędy. To też lekcja, która uczy, że człowiek jest silny tylko wtedy, gdy ma obok drugiego człowieka. To powieść o wszystkich odcieniach miłości, o czynieniu dobra, pokonywaniu trudności. W świątecznej szacie ma o wiele mocniejszy wydźwięk, gdyż jak wiemy to czas wyjątkowy. Okruchy dobra to magiczna, otulająca nadzieją i wypełniająca serca ciepłem powieść o ludziach, których spotykamy na co dzień. To książka, która pokazuje, że cuda się zdarzają. Czyjś powrót do domu, wybaczenie, znalezienie sensu życia i postanowienie naprawienia błędów - to nic innego jak małe cuda, które dzieją się w człowieku. To jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2018 roku. I życzyłabym sobie, abym za rok mogła znów zajrzeć do bohaterów w Święta i zobaczyć, jak potoczyły się ich losy.. ;) 

sobota, 8 grudnia 2018

Świąteczny list - Elyse Douglas

Czy gdybyście mieli możliwość odbycia podróży w czasie i na jakiś czas przeniesienia się do innej epoki, to skorzystalibyście z niej?

Święta to magiczny czas. Czas, który sprzyja zmianom, w którym dzieją się rzeczy niemożliwe, kiedy zdarzają się cuda. Małe rzeczy, które dla kogoś są cudem. Pogodzenie się z kimś bliskim, czyjś powrót do domu.

Eve Sharland też doświadczyła cudu. A zaczęło się od lampionu, który kupiła w sklepie z antykami. W zakurzonej latarence znalazła list z 24 grudnia 1885 roku, zaadresowany do.. Evelyn Sharland. Wiedziona ciekawością przeczytała list i wzruszona piękną historią postanowiła spełnić prośbę jego autora i zapalić lampion. Wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego, bowiem Eve nagle znalazła się w miejscu niby znajomym, ale zupełnie innym. Odkryła, że jest w swoim mieście, w Nowym Jorku, w 1885 roku.

Za sprawą listu i lampionu wpada w świat intryg wpływowej rodziny Harringshawów. Jeden z braci, John, jest uczciwym i dobrym człowiekiem. To on jest autorem świątecznego listu, który napisał do Evelyn, tej z 1885 roku - jego wielkiej utraconej miłości. Albert Harringshaw, drugi z braci jest mężczyzną bezwzględnym, dbającym o powierzchowność i cielesne uciechy. Pragnie omotać Eve, jednakże ta jest silną i odważną kobietą, która nie daje łatwo sobą manipulować.

Podróż w czasie to temat dający wiele możliwości, ale jednocześnie trzeba bardzo uważać, aby nie zaliczyć wpadki. Autorka wspaniale wykreowała XIX wieczny Nowy Jork. Z dbałością o każdy szczegół skonfrontowała świat współczesny z tym sprzed ponad stu lat. Bardzo malowniczo pokazała XIX wieczne miasto i żyjących w nim ludzi, prawa jakimi rządził się wtedy świat: podział na biednych i bogatych, którzy żyją obok siebie, a ci drudzy zdają się nie zauważać pierwszych.

Intrygi, wpływowi ludzie z wyższych sfer i bardzo wygodne życie, a obok nędza: niedożywione dzieci, chorzy umierający na nieuleczalną wtedy gruźlicę, rodziny żyjące z dnia na dzień. Eve przeniknęła w obydwie te grupy. Za sprawą swojego wybawcy, Alberta Harringshawa miała okazję zobaczyć jak wygląda życie zamożnych i znaczących ludzi. Z kolei jej natura osoby dobrej, wrażliwej na cierpienie innych i niosącej bezinteresowną pomoc oraz upór dały jej sposobność obcowania z tymi, którzy nie żyli w luksusach. Począwszy od znajomości z pokojówką Millie, którą traktowała jak równą sobie, poprzez pomoc przy chorych w szpitalu powoli dążyła do wypełnienia misji, z którą - jak sobie tłumaczyła, przybyła do XIX wieku.

Książka niepozbawiona jest romantyzmu. Na szczęście ten wątek jest bardzo ładnie poprowadzony, jest delikatny, uroczy, ale nie ckliwy i cukierkowo słodki. Historia Evelyn i Johna to historia miłości, która przetrwa wieki, miłości silnej i czystej, płynącej prosto z serca. Jest też drugi wątek miłosny - Eve i detektywa Patricka Gantly'ego. Ta miłość również zasługuje na miano miłości ponadczasowej, bowiem Eve żyje w XXI wieku, a Patrick w XIX. Patrick jest elegancki i tajemniczy i tak samo myśli o Eve. Uczucie, które pojawia się między nimi jest początkowo ciche i tłumione, jednakże obydwoje czują iskry przecinające skórę i pożądanie. Wątek ten rozwija się powoli, ale ciekawie. 

Akcja książki toczy się wartko. Bohaterka na naszych oczach uczy się żyć w XIX wieku. Musi dostosować choćby swój sposób i styl mówienia, ubiór oraz zachowania. Na jej drodze co rusz pojawiają się ciekawe osobowości, niektórzy nastawieni do niej przychylnie, a inni wręcz przeciwnie. Eve musi ciągle mieć się na baczności, ważyć słowa i gesty. Niełatwo jest ukrywać swoje pochodzenie, unikać niebezpieczeństw, jednocześnie pragnąc pomóc połączyć się kochankom, uratować czyjeś istnienie i jeszcze obmyślić plan powrotu do swoich czasów, a przy tym wszystkim nie postradać zmysłów. Dzieje się naprawdę dużo, nie wiemy kto jest wrogiem a kto sprzymierzeńcem, a niebezpieczeństwa czyhają z każdej strony. Jest tajemnica, dreszczyk emocji, szczypta strachu, garść śmiechu i mnóstwo przyjemności z czytania. 

Bohaterowie książki są wyraziści i barwni, nawet ci odgrywający mniejsze role są znakomicie wykreowani. Autorka w papierowe postaci tchnęła życie, stworzyła ludzi o silnych, wyrazistych charakterach. Powieść czytało się szybko i z zapartym tchem. Mimo odrobinę nudnego początku bardzo szybko wciąga i już nie sposób jest się oderwać. Styl pisania Elyse Douglas jest prosty i lekki. Pisarka zasługuje na szczególną pochwałę ze względu na to, że potrafiła w usta bohaterów wkładać słowa, których ludzie używali przeszło sto lat temu i wypadło to naturalnie. 

Świąteczny list to powieść w której rzeczywistość miesza się z fantastyką w sposób naturalny. Niesamowity, bajkowy klimat i dodający uroku magiczny czas Świąt Bożego Narodzenia sprawiają, że powieść ma niepowtarzalny wydźwięk. Podróż w czasie, intrygi i niebezpieczeństwo, a na drugiej szali kobieta wiedziona romantycznymi pobudkami. Polecam wszystkim, którzy lubią wątek podróżowania w czasie, bo ten jest naprawdę znakomicie zbudowany, na dodatek ubrany w romantyczną historię, a bohaterowie są na najwyższym poziomie literackiego kunsztu. Dla tych, którzy nie lubią powieści typowo świątecznych, ale jednak chcą choć trochę poczuć ten klimat ta pozycja będzie idealna.


Zachęcam również do sięgnięcia po inne bestsellery księgarni :) 




czwartek, 29 listopada 2018

Dwanaście życzeń - Karolina Głogowska & Małgorzata Troszczyńska

"Zapisuj przez cały rok, w każdy pierwszy dzień miesiąca życzenie. Notuj na ładnym papierze i chowaj do szkatułki. Tuż przed świętami będziesz miała a kartkach dwanaście życzeń. Wtedy daj je rodzicom albo innej bliskiej osobie. I uwierz, jedno z nich zawsze się spełni. Wystarczy jedno, wtedy już jesteś szczęściarą." 



Dwanaście życzeń to pierwsza świąteczna książka przeczytana przeze mnie w tym sezonie. Stosik świątecznych książek mam dosyć pokaźny, więc dosyć wcześnie zaczynam go wyczytywać. Cieszę się, że jako pierwszą przeczytałam powieść debiutanckiego duetu pisarskiego bo jest w sam raz na tę porę - jeszcze oczekiwania, ale już widocznej na horyzoncie magii świąt. Pierwsze co mi przyszło do głowy po przeczytaniu książki to że nadawałaby się idealnie na ekranizację, a film powstały na jej podstawie budziłby podobne emocje co Listy do M. Nawet już osadziłam niektóre role!

Dwanaście życzeń opowiada losy pewnej rodziny. Mam wrażenie, że oni nawet nie wiedzą, że są rodziną, bo życie rozwiało ich na różne strony a więzi nigdy nie były zbyt mocne i chyba nikt zbytnio nie zabiegał o tę rodzinę. I w sumie nic się nie zmieniło - nie w relacjach tej jednej wielkiej rodziny, ale w dwóch mniejszych Wigilijny dzień przyniósł ogromne zmiany. 

Bohaterami książki są Róża - seniorka rodu i jej dwaj synowie: Czesław i Roman. Czesław jest weterynarzem, mieszka wraz ze swoją drugą żoną i córką Polą w Warszawie, z kolei Roman mieszka w małej wiosce Kaczory, w której w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia zdarza się cud. A dokładniej - na oknie ich domu ukazuje się Maryja. W pokoju ich córki, Dagny, która bardzo wstydzi się rodzinnej miejscowości. Dagna pracuje w telewizji i od swojej przełożonej - Rity (swojej ciotki zresztą, pierwszej żony wujka Czesława, o czym chyba nie wie, albo jest to zgrabnie pominięte) dostaje zadanie: zrobić na ten temat reportaż. Dagna nie chce jechać do rodzinnej miejscowości, nie chce tam spędzać Świąt, ale nie ma wyjścia. W Kaczorach mieszka też Bogusia, jej starsza siostra wraz z mężem i czwórką dzieci. Oddzielnym torem toczą się losy Basi - córki Czesława z pierwszego małżeństwa, która nie chce znać ojca, ale w obliczu jego choroby postanawia dać mu szansę i Poli, która w Boże Narodzenie miała brać ślub, ale jej niedoszły mąż sprawił jej nietypowy prezent na Mikołajki - postanowi ją rzucić. 

Wszystko to brzmi trochę jak komedia pomyłek. Wydaje się chaotyczne i niepoukładane, ale zaskakująco zgrabnie wszystko składa się w spójną całość. Losy rodziny Romana i rodziny Czesława generalnie nie łączą się w tej powieści, ale nie ma to większego znaczenia, bo i tak bardzo dużo się dzieje. Każdy z bohaterów boryka się z innymi problemami i każdy ma inne świąteczne życzenie, chociaż żaden z nich nie wypowiada ich głośno.

Róża chce jeszcze raz poczuć to, co czuła ponad 60 lat temu do pewnego młodzieńca.
Czesław pragnie pogodzić się z córką.
Pola po tym co ją spotkało chce tylko umrzeć. 
Matka Dagny, Krysia bardzo chce, aby jej córka w końcu przyjechała na Święta.
Bogusia marzy, żeby mąż znowu zaczął ją zauważać. 

Każdy z nas ma takie marzenia o których nie mówi głośno, a okres świąteczny ma to do siebie, że myślimy o nich częściej i intensywniej, bo magia, bo spełniają się życzenia, bo jest ta niesamowita aura i czas sprzyjający zmianom. Każdy z nas pragnie też aby ten czas był wyjątkowy, spędzony z tymi, których kochamy, w ciepłej, przyjaznej i radosnej atmosferze. Często jednak te pragnienia pozostają w sferze marzeń, a Święta to kłótnie o błahe rzeczy, sztuczna atmosfera i przymusowe wizyty. To bardzo smutne.. Bohaterowie Dwunastu życzeń są ludźmi takimi jak my i borykają się z dokładnie tymi samymi problemami: naleganie na małżeństwo ze strony rodziców, kobieta - kura domowa zaharowująca się dla najbliższych a przez nikogo nie zauważana, rodzice czujący się bezużyteczni bo zapomniani przez swoją ukochaną córkę. I każdy z nich pragnie jednego: uwagi, poczucia bycia chociaż przez chwilę dla kogoś najważniejszym, najpiękniejszym, bycia dla kogoś całym światem.

Nadchodzi taki moment, kiedy opadają maski i zostaje tylko prawda. Tak samo jest w powieści - w pewnym momencie dochodzi do kulminacji wszystkiego i wylewają się wszystkie żale, bóle, smutki i troski. Ale wiecie co jest najpiękniejsze? Że to jest oczyszczające i przełomowe. Ten najgorszy moment w życiu człowieka przynosi początek czegoś nowego, lepszego. Inaczej się patrzy na świat, na ludzi i na samego siebie. 

Pod względem technicznym książka ma lekkie niedociągnięcia, ale autorki nadrabiają stylem, humorem i lekkością pióra. Czyta się niesamowicie szybko. Ja pochłonęłam ją w dwa dni (co prawda z 38 stopniami gorączki, ale mimo wszystko.) Jest uroczo, zabawnie i do bólu prawdziwie. Nie przesady, pompatyczności i przerostu formy nad treścią - ot, samo życie.  Bardzo pomocne jest drzewo genealogiczne zamieszczone na początku powieści, bo zerkając na nie można bez trudno połapać się kto jest kim. Wątków jest sporo, ale spokojnie, nie pogubicie się. 

Dwanaście życzeń to powieść w sam raz na Święta. Doskonale oddaje ich klimat, taki polski, bez koloryzowania. Pokazuje całą tę otoczkę, czas przygotowań i oczekiwań, nerwów, zamieszania, ale też w rezultacie zjednoczenia z bliskimi, ciepły rodzinny dom, niepowtarzalną atmosferę i magię. To powieść przede wszystkim o kobietach i dla kobiet i myślę, że jej przeczytanie pozwoli spojrzeć trochę innym okiem na cały ten świąteczny rozgardiasz. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B. 

wtorek, 13 listopada 2018

Dziewczyna z warkoczami - Anna H. Niemczynow

Paulina ma ciepły dom, kochających rodziców i oddaną przyjaciółkę Dagmarę. Jest młodą kobietą, niezwykle charyzmatyczną , prostolinijną i szczerą. Potrafi się cieszyć z każdej chwili, czerpie życie pełnymi garściami i zaraża innych swoim optymizmem i radością. Właśnie kończy studia pedagogiczne i od teraz na dobre ma wkroczyć w dorosłe życie. Jej dotychczasowe życie zmienia się diametralnie kiedy poznaje starszego od siebie Mikołaja. Nigdy nie podejrzewała, że najbliżsi mogą mieć przed nią tajemnice. Znajomość z Mikołajem wywoła burzę, a historia o dziewczynie z warkoczami którą snuje Mikołaj okaże się z pewnych powodów bardzo istotna nie tylko dla niego samego, ale i dla Pauli. 



Paula, jak już wcześnie wspomniałam jest bardzo oryginalną bohaterką. Wychowana w dobrym domu na grzeczną dziewczynkę i pilną uczennicę rzeczywiście taka jest, ale pod wpływem uczucia staje się dziewczyną prawdziwą spontaniczną, działającą pod wpływem impulsu i robiącą to, na co akurat ma ochotę, nie zważając na konwenanse. Jej zachowanie przypomina zachowanie nastolatki,ale nie ma w tym złego wydźwięku - jest beztroska, radosna, nie krępuje się - jest po prostu sobą. Chyba każdy z nas ma takie miejsca czy osoby, przy których czuje się w stu procentach swobodnie i nie musi ukrywać swoich wad i przywar. 

Dla Pauli właśnie taką osobą stał się Mikołaj - mężczyzna bądź co bądź sporo od niej starszy. Jego pojawienie się w życiu dziewczyny wywołuje chaos, ale jest też przyczynkiem do odkrycia prawdy o niej samej - prawdy, którą przez tyle lat udawało się ukrywać rodzicom przed ich jedyną córką. Skoro już o rodzicach mowa - nie ma wątpliwości, że bardzo, bardzo kochają Paulinę. Czasami ich miłość jest aż obezwładniająca. Dziewczyna ze wszystkich sił stara się spełniać ich oczekiwania. Ojciec jest zdecydowanie nadopiekuńczy, ale nie ma w tym chorobliwej obsesji - to po prostu miłość, która jest zbyt mocna, a jednocześnie zbyt krucha i niepewna. 

Pojawienie się Mikołaja ma wpływ nie tylko na życie Pauli, ale i na rodzinę Słupskich. Słupscy to rodzice Dagmary, przyjaciółki Pauliny. Jej matka, Hanna, zmaga się z chorobą alkoholową, a ojciec obwinia o jej stan. Dziewczyna nie ma łatwego życia. Jak sami mówią, Paula jest dla nich aniołem, promykiem który nad nimi czuwa. To właśnie do Słupskich przyjeżdża Mikołaj i dzięki Dagmarze poznaje Paulinę. 

Mikołaj jest dojrzałym mężczyzną, z pewnym bagażem doświadczeń i błędów. Ciągle wspomina dziewczynę z warkoczami - swoją dawną miłość, którą utracił. Była to tak silna miłość, że wciąż nie może o niej zapomnieć i mimo upływu lat rany które pozostały nie zabliźniły się, tylko wciąż bolą tak samo. Czy nowo rodzące się uczucie może być silniejsze?

Zawsze sceptycznie podchodzę do takich wątków, gdzie mężczyzna jest o wiele, wiele starszy od kobiety. I po raz drugi już jestem pozytywnie zaskoczona, ponieważ taki związek wcale nie musi być niesmaczny. Anna Niemczynow ukazała miłość dwójki ludzi, którzy pokochali się mimo różnicy wieku i przeciwności losu. Ta dwójka pasuje do siebie idealnie. Paula wnosi do życia Mikołaja świeżość, beztroskę i dziecięcą wręcz szczerość i radość, z Mikołaj naturalnym biegiem spraw się temu poddaje. Ten z kolei swoją dojrzałością i troską pokazuje prawdziwość swojego uczucia. Dla Mikołaja niejako powtarza się historia sprzed dwudziestu lat - wtedy też spotkał się z brakiem akceptacji ze strony najbliższych swojej ukochanej. 

Zaskakujące jest, jak splatają się losy tych dwóch osób. Jedno uzupełnia drugie, z dwóch historii powstaje jedna, która łączy dwa - niby różne, a jednak tak powiązane wątki. Bardzo mi się podobało kilka końcowych rozdziałów, po pokazują, że nawet najbardziej pogmatwane historie mogą się kończyć dobrze. I wśród szarości, beznadziei i smutku pojawiają się promienie słońca, które potrafią przebić się przez ciemność i cierpienie i pokolorować czyjeś życie. 

Anna H. Niemczynow ma specyficzny styl pisania. Ciężko mi jest go określić, ale w ogólnym rozrachunku wypada zaskakująco dobrze: książkę czyta się lekko, język jest estetyczny, a tekst dopracowany. Niestety zdarzały się błędy typowo redakcyjne: brak przecinków, brak dużych liter na początku zdania czy literówki. Oczywiście nie zaburza to fabuły, aczkolwiek wymagający czytelnik na pewno zwróci na to uwagę. 

Sięgając po Dziewczynę z warkoczami spodziewałam się lekkiej historii, niewyróżniającej się niczym szczególnym. Tymczasem dostałam mądrą, dojrzałą powieść o wielkiej miłości, sile uczucia i przewrotności ludzkich losów i dążeniu do realizacji marzeń. Nie jest idealna, bo niektóre kwestie są mało realne, z zbiegi okoliczności zbyt naciągane, ale stanowi przyjemną odskocznię od codzienności i skłania do zadumy i przemyśleń. Na pewno zostanie na dłużej w pamięci, a ja przynajmniej będą ją wspominać z pewną nostalgią, ale i uśmiechem na ustach. 


Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym Zatytułuj się u Ejotka.



wtorek, 6 listopada 2018

Bez złudzeń - Mia Sheridan


Mia Sheridan od dawna podbija (szczególnie młode) serca czytelniczek. Sama od dawna miałam na półce jedną pozycję autorki, ale to najnowszą książkę autorki - Bez złudzeń przeczytałam jako pierwszą. Wokół twórczości Mii krążą zachwyty, ale pojawiają się też te mniej pochlebne głosy i bardzo się cieszę, że dane mi było przeczytać jej powieść i wyrobić sobie własne zdanie, chociaż jak wiadomo, po jednej książce trudno jest ocenić całość twórczości pisarki.


Historia przedstawiona przez Mię Sheridan jest wyjątkowa w swej prostocie, chociaż wcale nie jest łatwa ani pospolita.

Crystal jest striptizerką w klubie dla panów. Nie jest dumna z tego co robi i czuje do siebie obrzydzenie, ale trudna sytuacja życiowa nie pozostawia jej wyboru. Pewnego wieczoru do klubu w którym pracuje przychodzi Gabriel - mężczyzna elegancki, ale z wielkim strachem w oczach. Szybko się okazuje, że Gabriel jako dziecko został porwany i przez sześć lat więziony. Dramatyczne przeżycia z dzieciństwa sprawiają, że teraz panicznie boi się dotyku i bliskości drugiej osoby i z pomocą Crystal chce to zmienić.

Crystal poznajemy już jako małą dziewczynkę i dzięki temu potrafimy zrozumieć jej zachowanie jako dorosłej już kobiety, która poniekąd z własnej woli wykonuje pracę striptizerki  i oddaje swoje ciało obcym mężczyznom. Wyraźnie widzimy pogardę jaką czuje do samej siebie w związku z tym co robi. Przyznam, że przez pewien czas ją krytykowałam, bo skoro tak bardzo nienawidziła tego co robi i siebie zarazem, to dlaczego tego nie zakończyła? Przecież wystarczy naprawdę mocno chcieć. Dotarło do mnie jednak, że do głosu dochodzi paraliżujący strach i obawa przed zmianami, a także desperacka walka o przeżycie każdego dnia. Okazuje się, że potrzebny był znacznie silniejszy bodziec niż tylko chęć zmian - tym bodźcem w przypadku Crystal okazała się miłość. Miłość, jaką ofiarował jej Gabriel, mężczyzna, który miłości bardzo się obawiał. Ich znajomość nie od początku potoczyła się tak jakby tego chcieli. Dopiero wypadek któremu uległa Crystal spowodował, że zaczęli się do siebie zbliżać i odkrywać swoje słabości, przełamywać lęki i wydobywać z siebie najlepsze cechy, stopniowo obnażając przed sobą swoje dusze. Miłość fizyczna przyszła znacznie później i dlatego uczucie które ich połączyło było tak silne, piękne i czyste - bo nie zdominowane cielesnym pożądaniem.

Akcja książki toczy się spokojnie, choć nie brakuje w niej zwrotów  i zaskakujących wydarzeń. Nieśpiesznie odkrywamy postać Crystal, bo to ona jest zdecydowanie bardziej tajemnicza. Gabriel mimo traumy z dzieciństwa jest znacznie bardziej otwarty. Uczymy się bohaterów tak, jak oni uczą się siebie nawzajem. Bohaterowie są niezwykle wyraziści i realni - zarówno wewnętrznie jak i  zewnętrznie. Trudno jest stworzyć bohatera tak aby czytelnik mógł go sobie wyobrazić na każdym etapie czytania i w każdej sytuacji, a Mii Sheridan to się udało i za to należy jej się podziw.

Pisarka w moim mniemaniu do perfekcji opanowała dobieranie i dozowanie czytelnikom emocji. Nie zarzuca ogromem uczuć naraz ani nie skąpi ich. Jest odpowiednia wyważona dawka, czasem wydaje się, że te emocje są nieco tłumione przez ostrożność autorki. Być może spodziewałam się większej emocjonalności przy czytaniu książki, więcej wzruszeń, śmiechu i szybciej bijącego serca, ale jednocześnie nie mam autorce nic do zarzucenia. Narracja jest pierwszoosobowa, prowadzona z punktu widzenia Crystal i Gabriela, dzięki czemu łatwiej jest nam ich zrozumieć i poznać, bo mamy bezpośredni wgląd w ich myśli i uczucia.

Książka jest zarówno piękna co bolesna, wywołuje u czytelnika tyle samo smutku co nadziei i radości. Autorka w powieści zawiera mądre przesłanie: każdy człowiek zasługuje na miłość i szacunek, każdy może wydostać się z największego bagna w jakim się znalazł i każdy jest wartościowy, tylko musi te wartości w sobie odkryć i oszlifować. Historia Crystal uczy też, że nie wolno kogoś skreślać przez wzgląd na pochodzenie, wykształcenie czy wykonywaną pracę, bo każdy człowiek to inny zlepek uczuć, doświadczeń i przeżyć.

Pierwsze spotkanie z twórczością Mii Sheridan uważam za udane i mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę. Na pewno też będę sięgać po inne pozycje autorki, mimo że generalnie wolę inną literaturę, to uważam że Mia pisze bardzo ładnie, uczuciowo i w na pozór błahych historiach zawiera wiele życiowej prawdy, a jej książki są wspaniałymi lekcjami.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Edipresse. 


niedziela, 4 listopada 2018

Krakowskie Targi Książki 2018

Od Krakowskich Targów Książki minął już tydzień, a ja dopiero dzisiaj złapałam chwilę czasu aby co nieco Wam o nich napisać. W tym roku na targi wybrałam się z siostrą, która na targach była po raz pierwszy. 

W tym roku wokół KTK rozszalała się burza, fala krytyki poleciała w stronę organizatorów, a ja jestem zdania, że poniekąd sami sobie jesteśmy winni, że tak dużo czytamy i robimy tłum na targach. Oczywiście to żartem, ale fakt jest taki, że byłam niesamowicie dumna z nas, Polaków, że tak licznie byliśmy obecni na targach, bo to świadczy o tym, że Polacy jednak czytają, i zdaje się że dużo. 

Miałam przyjemność być na targach w sobotę, dzień najbardziej tłoczny, ale też właśnie w sobotę jest najwięcej autorów i atrakcji. Nasz grafik był napięty, ale udało nam się odwiedzić wszystkich których chciałyśmy, pochodzić po stoiskach a nawet zaliczyć nadprogramowo spotkanie z Anną Lewandowską. 

Pod Expo byłyśmy już po 9, a 15 minut później stały kilkunastometrowe kolejki do wejścia, bo wejście otwarte było dopiero przed 10. Ale wszystko szło sprawnie. Przez pierwszą godzinę można było jeszcze w miarę swobodnie pochodzić, ale potem.. potem było ciężko. I może jestem dziwna, ale dla mnie to ma swój urok i wcale nie przeszkadzały mi tłumy ludzi, przepychanie się między stoiskami i stanie w kolejkach do autorów. Przedstawię Wam krótką fotorelację, równocześnie pochwalę się wszystkimi podpisami i zdjęciami, bo to cieszy najbardziej :) 


Pierwsze spotkanie z Agatą Przybyłek wspominam chyba najmilej ze wszystkich. Pani Agata jest bardzo miłą i ciepłą osóbką :) 

Potem biegusiem do Agaty Czykierdy-Grabowskiej. 


W między czasie spotkanie z Anną Lewandowską :) 

Z Augustą Docher bardzo miło rozmawiało się o powieści Cała ja. 



Magdalena Witkiewicz niezmiennie cieszy się ogromną popularnością i trzeba było swoje w kolejce odstać, ale warto było by chwilkę porozmawiać. Teraz jeszcze bardziej czekam na najnowszą powieść Pani Magdy!


Najbardziej wyczekiwałam spotkania z Krystyną Mirek, bo jestem wciąż zauroczona Szczęściem za horyzontem. A Pani Krysia jest przemiłą osobą, teraz jeszcze bardziej chce się czytać jej powieści. 


Na sam koniec Alek Rogoziński - to tutaj zdecydowanie najdłużej czekałam w kolejce :) 


Oprócz spotkań udało mi się zdobyć Paranoję Katarzyny Bereniki Miszczuk, jako że autorka podpisała specjalnie na targi kilkadziesiąt egzemplarzy najnowszej powieści. I udało mi się kupić akurat egzemplarz z autografem! 



A oprócz Paranoi kupiłam Zakochane Zakopane. Nie mogłam się oprzeć! Nie tylko dlatego, że uwielbiam góry i Zakopane, ale też dlatego że tyle nazwisk kusiło z okładki.. :) 





Zapowiedzi książek od Czwartej Strony - trochę uchylają tajemnicy :) 




I oczywiście mnóstwo zakładek <3 





Niewątpliwie dużą atrakcją był Polonez - a ja jako fanka PRL-owskich aut byłam wniebowzięta!  






To już chyba tyle, i wiecie co? Nie mogę się doczekać przyszłorocznych targów! 

sobota, 20 października 2018

Cała ja - Augusta Docher

Cała ja to już moje kolejne spotkanie z twórczością Augusty Docher. Z każdą kolejną książką przekonuję się, że autorka jest otwarta na różne style i gatunki. Pisze dla dorosłych i dla młodzieży, spod jej pióra wychodzą powieści obyczajowe jak i fantastyczne. I co najważniejsze - robi to dobrze.

Kiedy trafiłam na świeżutką pozycję Pani Augusty nie oczekiwałam zbyt wiele. Ale ta książka jest inna. Poważniejsza, poruszająca tak trudny i delikatny temat, że czasami aż boimy się o tym myśleć. Jednocześnie autorka podeszła do tego tematu z niezwykłą subtelnością i ogromnym taktem, dzięki czemu nie odczuwamy aż ta jego ciężaru i o wiele łatwiej jest go przyswoić. Nie mogę zdradzić o co konkretnie chodzi, bo zepsułabym Wam całą przyjemność z czytania, ale jestem przekonana, że Wasze odczucia będą zbieżne z moimi. 

Cała ja to historia dwóch młodych dziewczyn, które na pozór wydaja się być zupełnie różne.
Milena pochodzi z jednej z najbogatszych polskich rodzin. Niczego jej nie brakuje pod względem materialnym, jednak w niedalekiej przeszłości spotkała ja straszna tragedia - w wypadku zginął jej ukochany tata. Od tego czasu jej życie wypełnia smutek. Ponadto Milena ma kompleksy na punkcie swojego wyglądu i z tego właśnie powodu myśli, ze nie ma szczęścia w miłości. Z kart powieści wyłania się jasny i wyrazisty obraz dziewczyny.

Paula natomiast to postać skryta i owiana otoczką tajemniczości. Jest dziewczyną samotnie mieszkającą w Grabówku, nie ma żadnych znajomych, nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie wiemy nic o jej przeszłości. Jest szarą myszką pragnącą ukryć się przed światem. 

To co Pani Augusta zrobiła jest nie do opisania. Autorka bardzo pięknie pisze o rzeczach trudnych. Czasami wydawać by się mogło, że ogrom cierpień i niefortunnych zbiegów okoliczności jakie spadają na bohaterki są nierealne i przerysowane, ale to co przydarzyło się Milenie albo Pauli mogło przydarzyć się każdej z nas. Tyle bólu i cierpienia jakie spotkały Milenę ciężko udźwignąć, a jednak dziewczyna potrafiła zawalczyć i stawić czoła życiu, kiedy wydawało się, że nic nie jest już w stanie jej uratować. Najpierw śmierć ojca i  pechowy związek, potem jeszcze bardziej niefortunne zakochanie się w o wiele starszym od niej przyjacielu rodziny - Jacku, aż w końcu rewelacje jakie po latach wychodzą na jaw to zbyt wiele dla tak młodej osoby.  Siła miłości potrafi jednak czynić cuda.

Paula również nie ma lekko. Jej historia jest mniej burzliwa i chyba bardziej do mnie trafiła. Wyłania się z niej obraz narodzin prawdziwej przyjaźni. Za sprawą młodego pół Polaka, pół Holendra dziewczyna poznaje też nowe oblicze miłości - czystej, bezpiecznej i radosnej, choć bardzo się przed nią wzbrania. Widać, jak z dnia na dzień Paula odżywa, staje się pogodna i pewna siebie. Ale też nie ma łatwo i musi stawić czoła przeszkodom, choćby takim jak napastowanie w pracy czy bolesna przeszłość niedająca o sobie zapomnieć. 

Przyznam że Paweł - Paul od samego początku wzbudził moją sympatię i całym sercem mu kibicowałam. Podobała mi się jego postawa i przede wszystkim to, że nie stchórzył gdy głos zabrały demony z przeszłości Pauli. Paweł to bardzo odpowiedzialny młody mężczyzna, który z pewnością skradnie serca wielu czytelniczek. 

Cała ja to powieść nie tylko o ranach z przeszłości i cierpieniu. Bohaterki muszą zmierzyć się z własnymi lękami i pokonać pewne granice, przede wszystkim te siedzące w głowie. To powieść o tym, jak trudno jest przebaczać, ale równocześnie o tym, jak oczyszczające jest przebaczenie, na początek samemu sobie. Cała ja naznaczona jest bólem ale też nadzieją. Pokazuje jak wiele złego może wyrządzić kłamstwo i tajemnice. Przede wszystkim jednak to historia o trudnych decyzjach i wyborach niemalże niemożliwych, o trudach dorastania, miłości porywczej, młodzieńczej i tej spokojnej, dojrzałej. Czyta się z zapartym tchem. Emocjonalny rollercoaster. 

niedziela, 14 października 2018

Wielka wymiana książkowa Przeczytaj i podaj dalej

Od pewnego czasu na mojej półce miejsce kurczy się w zastraszającym tempie (mimo że przecież wcale nie kupuję książek!). I oczywiście są takie książki, których za nic nie oddam, ale są też takie, które z bólem bo z bólem, ale chętnie oddam w dobre ręce, żeby dostały jeszcze drugie życie, a nie kurzyły się na półce. Z pomocą przychodzi akcja organizowana przez Save the Magic Moments i Socjopatkę.  Akcja jest prosta: wystawiamy swoje książki na wymianę i szukamy u innych książek które nas zainteresują. I wymieniamy się! 

Mam nadzieję, że chociaż część moich książek znajdzie nowy dom. Dawajcie znać czy coś Was zainteresowało! :) 

stan idealny


stan bardzo dobry


stan bardzo dobry

stan idealny


stan idealny


stan dobry

stan dostateczny

stan bardzo dobry

stan idealny


stan idealny


(w języku angielskim)
stan dostateczny

stan dobry

czwartek, 4 października 2018

Szczęście za horyzontem - Krystyna Mirek

Szczęście za horyzontem 
 Krystyna Mirek




Uwielbiam odkrywać nowych autorów, a zwłaszcza polskich. Chociaż o Pani Krystynie Mirek słyszałam już dawno, to wciąż brakowało sposobności by zapoznać się z jej twórczością. W końcu zdarzyła się okazja i sięgnęłam po Szczęście za horyzontem. Początkowo z obawami i pewnym dystansem, ale szybko przekonałam się, że bez potrzeby. 

Nie pamiętam kiedy ostatnio pochłonęłam książkę w trzy dni. Uwierzcie, że kiedy książka naprawdę wciąga, przeszkody typu dużo obowiązków czy brak czasu nagle okazują się do przeskoczenia. Wtedy czyta się bez opamiętania, wykorzystuje każdą wolną chwile. Uwielbiam ten stan.

Szczęście za horyzontem to historia Justyny, której życie zmienia się w wyniku jednej niefortunnej decyzji. Traci wszystko co stanowiło jej uporządkowane, eleganckie życie: pracę, mieszkanie i partnera. Drugim torem biegnie historia Janka, wdowca i ojca wychowującego trójkę dzieci. Mężczyzna żyje w skrajnej nędzy i mimo ogromnych starań nie potrafi zapewnić swojej rodzinie lepszych warunków. Ich drogi się krzyżują zupełnie przypadkiem, a spotkanie tych dwojga na zawsze odmienia życie Janka i Justyny. 

W pierwszej chwili myślałam, że nie polubię Justyny, bo jest zupełnie inną osobą niż ja. Nie podobał mi się jej styl życia, ani decyzje jakie podejmowała, a już w zupełności nie rozumiałam jej postępowania. Szybko jednak, dzięki tej powieści nauczyłam się, żeby nie oceniać ludzi po wyglądzie czy po samym zachowaniu. I o ironio, nauczyła mnie tego sama bohaterka. Potem poszło już jak z płatka. Zaprzyjaźniłam się z Justyną i patrząc z perspektywy czasu, nawet potrafię ją zrozumieć. Zaszła w niej jednak głęboka przemiana i stała się zupełnie nową, lepszą osobą. 

Inaczej było w przypadku Janka - tego polubiłam od razu, mimo, że powierzchownie wydaje się być oschłym, surowym mężczyzną, nieczułym na krzywdę własnych dzieci. Mimo tego, w głębi serca czułam, że jest dobrym człowiekiem, mocno doświadczonym przez los i ostrożnie podchodzącym do życia - i nie pomyliłam się. 

Ogromną moją sympatię zdobyły dzieci Janka - Wiktor, Emilka i Leoś. Te dzieci, mimo, że żyją ubogo i nie mają takich wygód jak inne dzieci, potrafią cieszyć się z każdej drobnostki, są gotowe wskoczyć za sobą w ogień i całym sercem kochają ojca. To właśnie ta książka uświadomiła mi też, że im mniej mamy, tym więcej rzeczy potrafimy w życiu docenić. 

Moją sympatię zdobyła też babcia Łabędzka, co dziwne, bo jest ukazana w książce jako plotkara, kobieta bezwzględna nie mająca serca. Wydaje się, że jest przeciwko własnemu zięciowi i wnukom, chociaż to jedyne jej bliskie osoby. Czuję jednak, że pod skorupą surowości kryje się kobieta która nie potrafi okazać miłości, choć bardzo jej pragnie i wiele jej w sobie ma. I choć Justyna jej nie polubiła, myślę, że są w pewien sposób do siebie podobne i przy odrobinie chęci i szczerej rozmowie, mogłyby się dogadać i sobie pomóc.

Wszyscy bohaterowie - ci główni, którzy grają główną rolę, jak i ci troszkę mniej ważni, aż do występujących w tle są wspaniale wykreowani. Barwni i żywi, dzięki czemu książka wypada naturalnie. 

Historia Justyny i Janka - bo teraz już tak można ją nazywać to historia dwójki ludzi zagubionych w świecie, szukających odkupienia. Nie jest to powieść o wielkiej miłości, bo skupia się na zupełnie czym innym, ale gdzieś tam spomiędzy kart wyłania się uczucie. Czasami wydawała mi się trochę nierealna - zwłaszcza początek, ale szybko o tym zapomniałam i dałam się porwać. Nie ma tu zbędnych dramatów, bo historia sama w sobie jest nieco gorzka, i bardzo podoba mi się, że pisarka nie dodawała niczego na siłę. Pani Krystyna bardzo prawdziwie ukazuje realia polskiej wsi. Sama pochodzę ze wsi i wiem, że w tak niewielkiej społeczności każde niecodzienne wydarzenie jest przez długi czas na językach mieszkańców. 

Styl Krystyny Mirek jest dokładnie taki jak lubię: lekki, plastyczny, a język prosty i przyjemny w odbiorze. Czytałam z zapartym tchem. Rzadko się wzruszam, a w przypadku tej powieści zdarzyło mi się to kilkakrotnie.  I miałam ten trudny dylemat czytelnika: czytać jak najszybciej, żeby już się dowiedzieć co będzie, czy jak najdłużej by móc się rozkoszować powieścią? 

Zakończenie książki wzruszyło mnie najmocniej. I tak się zastanawiam, czy będzie kontynuacja? Bo właściwie zakończenie jest otwarte,ale czy autorka pokusi się o opowiedzenie nam dalszych losów bohaterów? Z jednej strony jestem ich bardzo ciekawa, ale z drugiej - czy tak jak jest, nie jest idealnie? 

Szczęście z horyzontem to przepiękna, poruszająca powieść o ludzkiej słabości, popełnianiu błędów i poszukiwaniu drogi. To również historia o matczynej miłości, poświęceniu i bezinteresowności. Autorka pokazuje przede wszystkim, że nie mamy prawa oceniać ludzi po pozorach i że z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji jest wyjście. Wzruszająca, przepełniona ciepłem, okruchami szczęścia i miłością powieść o blaskach i cieniach codzienności. Niosąca pozytywną energię i zastrzyk nadziei. 


Za książkę dziękuję  Wydawnictwu Edipresse Książki.


poniedziałek, 1 października 2018

Premiery października, na które czekam

Chociaż dawno nie robiłam podsumowań ani planów na kolejny miesiąc, tak dziś naszła mnie ochota żeby troszkę popisać o wrześniowych dokonaniach i październikowych planach. Będzie to takie trochę pisanie bez składu i ładu i niekoniecznie o książkach. ;-)

Po pierwsze - we wrześniu przeczytałam przepiękną książkę, która mocno chwyciła mnie za serce. Szczęście za horyzontem, bo o niej mowa, to pierwsza książka Krystyny Mirek jaką przeczytałam. Nie znałam autorki, ale tą powieścią od razu mnie uwiodła. Dawno nie pochłonęłam książki w 3 dni, dawno nie czułam tylu emocji podczas czytania. Niebawem ukaże się recenzja, w której opowiem Wam nieco więcej o książce.



Wrzesień był też dla mnie miesiącem powrotu to rzeczywistości, bowiem w sierpniu wróciłam na stałe do Polski i początkowo ciężko było znów przestawić się na inny tryb życia. Dopiero we wrześniu z każdym dniem przychodziła stabilizacja, pewnego rodzaju rutyna i nowy początek. Bardzo mi się ta nowa rutyna podoba i jestem przeszczęśliwa, że znów jestem tu, gdzie jest moje miejsce - wśród znajomych lasów, górek i dolin i najważniejsze - wśród bliskich. 

Wrzesień to miesiąc wielu decyzji i zarazem początek realizacji marzeń. 

I wreszcie udało mi się pojechać w góry! Tęskniłam, a teraz jeszcze bardziej chcę tam wrócić, bo uwielbiam górskie wędrówki i to uczucie, kiedy stoję na szczycie. 


Październik za to to miesiąc książek! Znalazłam aż cztery premiery, które muszę mieć i muszę przeczytać. 






Pierwsze trzy są już co prawda w świątecznej szacie graficznej i tematyce, więc pewnie część z nich zostawię sobie na troszkę późniejszy czas. 

I najważniejsze - ostatni weekend października to Targi Książki w Krakowie! Byłam 2 lata temu i już się nie mogę doczekać tegorocznej edycji. Kto z Was będzie? Ja już od dawna wypatruję planu targów, rozpiski spotkań z autorami. Będę na pewno w sobotę, ale jeśli w inny dzień będzie się działo coś interesującego, to też postaram się być. Nie mogę się doczekać! 


Dla wielu październik to powrót na studia, szaro-bura pogoda i znienawidzona przez sporą część jesień. Ja październik witam z uśmiechem i pozytywnymi myślami. I tego samego Wam życzę. Będzie cudownie!